Aktualizacja 15.01.2026
Kochany Szprotku,
z ogromnym bólem żegnamy się z tobą. Odszedłeś za Tęczowy Most po ciężkiej, nierównej walce.
Przez chwilę wydawało się, że los wreszcie się do Ciebie uśmiechnął. Twój stan się poprawiał, zacząłeś jeść, nabierałeś sił, a w Twoich oczach pojawiło się to, czego tak bardzo się trzymaliśmy – nadzieja. Z każdą godziną wierzyliśmy coraz mocniej, że się uda. Że wygrasz.
Niestety choroba okazała się silniejsza. Mimo leczenia, mimo troskliwej opieki lekarzy i walki do samego końca, Twoje małe, zmęczone ciałko nie dało rady.
Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Każdą decyzję podejmowaliśmy z myślą o Tobie. Nie odszedłeś samotnie – byłeś zaopiekowany, ogrzany, bezpieczny. Odszedłeś otoczony troską, której tak bardzo brakowało Ci na początku Twojej drogi.
Chcieliśmy dla Ciebie innego zakończenia. Wierzyliśmy, że po piekle, które przeszedłeś, czeka Cię wreszcie życie pełne spokoju i miłości.

Z całego serca dziękujemy wszystkim ludziom, którzy pomogli Ci w tej walce – za wsparcie, dobre słowa, udostępnienia i każdą wpłatę. Bez nich nie byłoby nawet nadziei ani tej szansy, którą dostałeś. To dzięki nim nie odszedłeś niezauważony i samotny, a mogłeś choć na chwilę poznać, czym jest troska i dobro.
Wierzymy, że po drugiej stronie Tęczowego Mostu nie ma już bólu ani strachu. Jest tylko ciepło, cisza i wolność.
Biegaj wolny, maleńki. 🌈
Zawsze będziesz w naszych sercach.
Przekaż darowiznę z hasłem SZPROTEK na konto:
RATUJĘ SZPROTKA
882 088 834Wyślij SMS o treści
Szprotek nie miał nic.
Ani domu. Ani ciepła. Ani czyichkolwiek rąk, które wzięłyby go na chwilę, żeby przestał się bać.
Miał tylko ból. I miejsce, które było piekłem.
Trafił tam, gdzie nie powinno znaleźć się żadne zwierzę. Gdzie życie nie ma żadnej wartości.
Brud wżerający się w futro i skórę. Przenikliwy chłód, który odbierał resztki sił. Fetor, od którego kręciło się w głowie. I samotność – taka, która zabija powoli, po cichu. Nie wiemy, ile dni lub tygodni tam konał. Nie wiemy, skąd brał siłę, żeby jeszcze oddychać. Może po prostu bardzo nie chciał umrzeć tam, niezauważony. Może czekał. Na cud. Na człowieka. Kiedy został znaleziony, był cieniem kota. Złamanym, wycieńczonym ciałkiem, które bardziej przypominało pożegnanie niż życie.
A jednak… on wciąż żył.
W jego oczach nie było już siły, ale była prośba. Niema, rozpaczliwa: „proszę, nie zostawiajcie mnie tu”. Został uratowany z tego koszmaru. Dosłownie wyrwany śmierci. Został zabrany do kliniki weterynaryjnej, bo to była jego jedyna szansa. I tam przyszła brutalna prawda. Szprotek jest skrajnie wychudzony. Odwodniony. Ma potężną anemię. Temperatura jego ciała była dramatycznie niska. Nie miał apetytu, jakby organizm powoli się poddawał. Badania potwierdziły najgorsze – wirusowe zapalenie otrzewnej. Wyrok, który dla wielu kotów oznacza koniec.
Teraz Szprotek leży w klinice. Pod kroplówkami. Pod stałą opieką. Maleńki, kruchy, bezbronny.
Każda godzina jest walką. Każda noc – pytaniem, czy doczeka poranka. A my trzymamy się jednej myśli: że może jednak wydarzy się cud.
Ale cud potrzebuje ludzi. Bez pieniędzy nie jesteśmy w stanie walczyć dalej. Leczenie, diagnostyka, hospitalizacja – to wszystko kosztuje. A my nie chcemy, żeby Szprotek przegrał tylko dlatego, że zabrakło środków. Jeśli to czytasz – on jeszcze żyje. Jeszcze nie jest za późno. Prosimy o wsparcie dla Szprotka. O litość. O serce. O szansę.
Bo on już zrobił wszystko, co mógł.
Teraz błaga świat o pomoc.