Aktualizacja 15.04.2025
Z ciężkim sercem dzielimy się z Wami wiadomością, której tak bardzo nie chcieliśmy przekazywać…
Pomimo wszelkich starań lekarzy, troski wolontariuszy i Waszego ogromnego wsparcia – Brutus przegrał walkę o życie.
Jego organizm był zbyt słaby, by poradzić sobie z zakażeniem, które mimo leczenia rozwinęło się w ostatnich dniach.
Odszedł cicho… bez bólu, w cieple, otoczony opieką.
Nie był już sam.
Choć nie udało nam się wygrać tej najważniejszej bitwy, wierzymy, że ostatnie dni jego życia były inne – bez głodu, bez strachu, z poczuciem bezpieczeństwa, którego wcześniej nie znał.
Dziękujemy Wam z całego serca, że byliście częścią jego historii. To dzięki Wam Brutus nie odszedł zapomniany.

Przekaż darowiznę z hasłem BRUTUS na konto:
RATUJĘ BRUTUSA
882 088 834Wyślij SMS o treści
Aktualizacja 01.04.2025
Pomimo wszelkich starań weterynarzy, leczenie Brutusa nie przebiega tak, jakby tego chcieli. Jego rany goją się bardzo powoli, a infekcja wciąż mu doskwiera. Organizm kocurka jest osłabiony, a stres, który przeżył, dodatkowo utrudnia proces zdrowienia.
Brutus nadal pozostaje pod stałą opieką lekarzy.
Nie chcemy się poddać. On już tyle wycierpiał, nie możemy pozwolić, by teraz zabrakło mu sił do dalszej walki. Dlatego ponownie prosimy Was o pomoc. Każda, nawet najmniejsza wpłata to krok w stronę jego wyzdrowienia.
Brutus nie ma nikogo poza nami.
Dziękujemy za wszystko, co już dla niego zrobiliście. Walka wciąż trwa!
Brutus siedział na drzewie, miauczał tak głośno, jakby wołał o pomoc, a jednocześnie uciekał, gdy tylko ktoś próbował się do niego zbliżyć. Był jak mała, zagubiona dusza, która potrzebowała ratunku, ale strach nie pozwalał mu zaufać ludziom. Każda próba podejścia kończyła się tym samym – ucieczką wyżej, jeszcze wyżej, aż do granic swoich sił.
Pod drzewem zostawiane były miseczki z jedzeniem. Gdy nikt nie patrzył, schodził ostrożnie, zjadał, a potem znów wracał na swoją bezpieczną gałąź. Jednak coś w nim mówiło, że to nie jest zwykła historia dzikiego kociaka. Coś było nie tak. Dlaczego nie uciekał dalej? Dlaczego wciąż wracał na to samo drzewo i tak rozpaczliwie wołał?
Po dwóch dniach zabawy w „kotka i myszkę” wolontariusze postanowili działać. Zamontowali żywołapkę – jedyną szansę na to, by móc mu pomóc. Po kilku godzinach pułapka zatrzasnęła się. Brutus wpadł w panikę, ale nie miał już dokąd uciec. Był nasz. Był uratowany.
Gdy trafił do lecznicy, wszystko stało się jasne. Jego malutkie ciało pokryte było ranami. Ślady kłów, rozdarte tkanki, infekcja – najprawdopodobniej został dotkliwie pogryziony przez psa. Każdy dotyk bolał. Każdy ruch sprawiał cierpienie. Nic dziwnego, że nie miał sił uciekać dalej, że nie ufał nikomu. Przeszedł przez piekło, zanim znalazł się na tym drzewie, bo tam czuł się bezpiecznie, tam już nic nie mogło go dopaść.
Teraz wszystko zależy od nas. Brutus wymaga natychmiastowej opieki weterynaryjnej – stabilizacji, leczenia infekcji, operacji ran. Potrzebuje dobrej jakości karmy, suplementów, ciepła i przede wszystkim czasu, by uwierzyć, że człowiek nie jest wrogiem. Że może być jego wybawieniem.
Dlatego prosimy Was o pomoc. Każda złotówka to szansa na życie dla Brutusa. To ból, który może zamienić się w ulgę, strach, który może przerodzić się w spokój, samotność, która może stać się miłością. Nie możemy go zawieść. On już wystarczająco wycierpiał.
Brutus wołał o pomoc, choć bał się jej przyjąć. Teraz to my możemy pokazać mu, że jest ktoś, kto nie zostawi go samego. Pomóżcie nam ocalić to kruche kocie serduszko. Brutus zasługuje na szansę.